czwartek, 30 stycznia 2020

Project Retrospection (?)! #1/3

RETROSPEKCJA #1
***
*********
******

     Tos jedynie złapał swój plecak i kurtkę. Wszędzie brzmiały syreny. Myślicie że alarm mija w ogromnym harmidrze, ludzie się tratują, wybucha panika, nagle wszędzie znajdziesz biegających wszędzie ludzi? Nie wiesz jak się mylisz!
     Grał ze znajomymi w piłkę, a zaraz wszyscy pozakładali plecaki i zaczęli biec. W tym momencie miał 16 lat. Jeszcze nie wiedział że pamiętny rok 300 o.l.n.d.z., albo jak wolicie 5016 n.e. będzie znaczył dla niego wszystko. Zmieni wszystko w świecie który zna Tos. (Jeśli wystarczająco w to uwierzymy, ożywiamy świat stworzony w naszej wyobraźni, zaczyna on istnieć na prawdę. Tak i tutaj, czasami pojawia się coś nowego, ponieważ ktoś tego pragnął.) Jeśli myślisz że nawet w drobnym mieście panuje ogromny chaos, nie wiesz jaki błąd popełniasz. Całe miasto Tosa stało się miastem strachu, ale dużo znajdziesz tam osób, które doprowadzą inne do porządku.
     Znajomi Tosa znali procedury. Poznali je już dawno. Zagrożenie I Domową Wojną Dastańską wisiało nad rodzimym krajem Tosa od prawie trzech lat.
     Całą grupą wbiegli do Warowni. Nie byli pierwsi, było tu już około dwudziestu osób. Szybko się przeliczyli. Trzynaście osób. Aharaj poszedł do kwatermistrza.
      W tym kraju zastosowano system szkolenia i doszkalania społczeństwa. Tos dobrze wiedział co się stanie w razie okupacji jego kraju. II W(skrzeszona)RP dozbroiła każdego mieszkańca powyżej czternastu lat, a wyszkoliła każdego powyżej jedenastu. W tym momencie pierwszy gotowy oddział pięciu Szperaczy szykował się do wyjścia. Stworzono w każdym mieście  Warownie, pozwalające tam przetrwać ludności miasta przez co najmniej rok, aż do momentu zorganizowania jakiejkolwiek formy życia, w warunkach zaistniałych w Warowniach. W większych wsiach stworzono system bunkrów, mający dać schronienie i możliwość przeżycia do momentu przybycia Szperaczy albo Oddziału Ratunkowego. W momencie kiedy jakiekolwiek miasto utraci łączność ze Stolicą, staje się bazą partyzantów.

Project #3 (po Spoonerze)

Naprawdę powinienem częściej i szybciej pisać xD
...
III.
     Lambert wlał do szklanki szkarłatnego płynu. Tos po nią sięgnął. Wpatrzony we wnętrze szklanki, wyjął z kieszeni klucze,powiedział:
     - Rano zastanawiałem się czy nie napisać do Zelii, ale zrezygnowałem.
     - Po co mi to mówisz?
     - Komuś muszę, nie?
     - Może Jej powiedzieć!
     - Ha, Ha! Ale śmieszne. Nie potrzebujecie w barze świeżaków?
     - Wiesz przecież, wszędzie jest ktoś potrzebny.
     - Dobra, jak pokażę młodym gdzie mogą pracować, to w szczególności zaproponuję bar.
     - Nie dziwne, w końcu sam tu pracowałeś.
     - Taaaaa, nie wiesz przypadkiem, gdzie teraz pracuje Innes?
     - Otworzyła własne studio tatuażu na piątym.
     - Dzięki, do następnego! - powiedział odchodząc.
     Tos poszedł do mieszkań swoich podopiecznych. Trochę to było dla nich niespodziewane, lecz i tak nie mieli żadnych zajęć. Chłopaki potrzebowali chwilę, żeby się w coś przebrać, coś bardziej wyjściowego niż piżama. Jedynie u Anny, zatrzymali się na dłużej. Długo próbowali pukać do drzwi. Dopiero kiedy Kyle zadzwonił na jej numer, chwilę poczekali, po czym usłyszeli drobny hałas i stłumione przekleństwa przed drzwiami.
     - Długo, się dobijacie? - spytała Anna otwierając drzwi. Wychyliła tylko swoją zarumienioną buzię za drzwi.
     - Tylko chwilkę. - Johan zareagował przed Tosem. Lekko się uśmiechnął w jej stronę.
     - Spałam... - zaczęła się tłumaczyć.
     - Nieważne, normalna rzecz. Mam was uczyć, więc gdzieś idziemy. Jakbyś mog...
     - Jasne, dajcie mi moment! - Anna uśmiechnęła, po czym zniknęła za drzwiami.
     Tos patrzył na Johana.
     - Śpi w dzień? - zdziwił się Kyle. Po chwili dodał - Aleś wyskoczył, Joh!
     - No co? Miałem jej powiedzieć, że stoimy tu cztery minuty?
     - W sumie, dobra reakcja. - wciął się Tos. Jak tak dalej pójdzie, pomyślał, chłopaki pokłócą się o Annę.
     Kiedy Anna już wyszła, Tos poprowadził ich do studia tatuażu Innes, wszedł ledwo za drzwi, do przedsionka, a usłyszał:
     - Lama uprzedzał że będziesz, Tos. bądź za dwie godziny mam wolne, okey? - zza drzwi wychyliła się wysoka, chuda kobieta z tatuażami na twarzy, szczęce i policzkach. Miała włosy wygolone z jednej stronie, od skroni, włosy te opadały na jej prawe oko, zakrywając je całkiem, patrzyła na niego swoim zielonym, szeroko otwartym lewym okiem. Jej wargi dzieliło może ze trzy milimetry, widać, oddycha ustami przy pracy - Obiecuję, jak skończę to jestem do Waszej dyspozycji - miała w ręku maszynkę do tatuażu.
       - Dobra - powiedział wychodząc - to idziemy do rusznikarza, czy zarządu?
...

*****

...
     Tos rzucił się na łóżko

Project #3 (Spooner)

    Była druga w nocy kiedy się obudził. Czuł niepokój. Nie wiedział z jakiego powodu. Przetarł oczy i uświadomił sobie ważną rzecz. Otóż oprócz własnych myśli, w głowie "słyszał" "Fatum". Natychmiast wstał, ubrał się i wybiegł z mieszkania. Natychmiast skierował się do wind i wsiadając wcisnął guzik z numerem jedenaście. Nerwowo stukał palcami w udo, kiedy winda powoli jechała w górę.
    Już na górze, zrobił dwa kroki od windy i zza rogu korytarza wybiegły dwie kobiety, obie wyższe od Tosa. Blondynka w spódniczce, której jedynym jasnym elementem ubioru była niebieska koszulka, cała reszta była czarna, natomiast jej towarzyszka, brunetka o szarych oczach, miała na sobie białą koszulkę i szary dres.
    - Co jest Fate? - spytał Tos.
    - Chodzi o Spoonera - powiedziała blondynka, spoglądając ukradkiem swoimi zielonymi oczami na towarzyszkę.
    - Amelia... - wystękał Tos, kiedy ta z niewzruszonym wzrokiem i twardą ręką pociągnęła go z powrotem do windy za kołnierz koszuli.
    - Fate zobaczyła że Spoon ma kłopoty - Tos jakoś wyrwał się szarookiej i odzyskał równowagę, ręka jej się delikatnie rozluźniła kiedy powiedziała "ma kłopoty" - Przecież wiesz jaką ma pracę! - podniosła głos, jakby coś się stało z winy Tosa.
    - Taa, ale... - zaczął nasz bohater.
    - Idziemy do Ushera - przerwała mu Amelia.
    Fate wcisnęła w windzie guzik z numerem dwa. Tos zastanawiał się, co się musi dziać, że Amelia chce pomocy akurat od Ushera. Wolał jednak nie dopytywać, kiedy widział jak cicha przy Amelii jest Fate.
    Zaraz przy wyjściu od windy czekał już wysoki, szeroki w barach mężczyzna o krótko ściętych, czarnych włosach.
    Ledwo zdążyli wyjść z windy a Amelia już wypaliła:
    - Spooner ma kłopoty - po czym rozłożyła ręce i położyła je pomiędzy łopatkami swoich towarzyszy.
    - To lecim - powiedział po czym położył dłonie na barkach Fatum i Tosa.
    Obserwator uważałby że zniknęli w podmuchu wiatru, im jednak wydawało się jakby wszystko zwolniło, wraz z nimi. W rzeczywistości przechodzili z wnętrza Karety, do punktu docelowego, czyli gdzieś w pobliże Spoonera. W momencie kiedy zniknęli z Karety Usher złapał się za głowę, lecz jego ręce kilka centymetrów od twarzy wyraźnie zwolniły, wszystkie ich ruchy były bardzo spowolnione, więc Usher opadł na kolana bardzo powoli. "Skoki" w tej przestrzeni bardzo go męczyły, a miejsce w którym się znaleźli, nie było dokładnie określone, wiadomo jednak że każdy tam widzi siebie i towarzyszy, porusza się powoli i wydaje mu się jakby poza tym nic nie istniało.
    Tos złapał koszulę i zaczął ją z siebie zdejmować, złapał na środku a guziki same się odpinały, odrzucił ją do tyłu i zrzucił z pleców. Natychmiast zaczął się zmieniać.
     W następnej chwili znajdowali się w hangarze pełnym tekturowych pudeł oraz drewnianych, metalowych skrzyń i kontenerów. Naprzeciw nim stała ściana kontenerów. Przed nimi, niecały metr od przejścia pomiędzy kontenerami, na ziemi siedziało coś co kształtem przypominało człowieka, lecz było grubsze, większe, błyszczącoszare, miało bardziej szponiasto zakończone palce, w miejscu ust widoczna była szczęka, a nad nią dwa otwory do oddychania, po bokach głowy w miejscu uszu znajdowało się wiele drobnych szczelin, ułożonych w drobną siatkę. Ta postać miała czarne błyszczące oczy, osadzone w otworach tej czaszki za przezroczystą powłoką, przypominającą szkło, oczy te patrzyły bez mrugania. To był Spooner i jego pancerz zewnętrzny. Mierzył dobre dwa metry i właśnie uniósł palec do ust, nakazując ciszę. Strasznie to wyglądało w tych okolicznościach.
      Usher nadal klęczał, trzymając się za głowę, oczy miał zamknięte, z nosa pociekła mu strużka krwi.
     W przejściu pojawił się człowiek z karabinem kałasznikowa w rękach. Poderwał go lekko do góry, na co przybyli podnieśli ręce. Oczy Fate pokryły się bielmem, Amelia spojrzała w oczy napastnika, Fate opuściła prawą rękę kilka centymetrów, po czym ją podniosła. Tos zatupał o ziemię i załopotał skrzydłami. Idący przez przejście wyglądał jakby chciał się skulić i chwycić mocniej karabin, ale się rozmyślił i to zlekceważył. Dało to chwilę Spoonerowi, aby wstał i ustawił się, dotykając plecami kontenera, pół kroku od przejścia, na lewo od strony napastnika, obserwował przybyłą czwórkę.
     Napastnik miał już wyjść za kontener, kiedy Fate spojrzała na prawo, od strony napastnika i kiwnęła głową, napastnik z niewiadomego powodu spojrzał prosto w oczy Amelii, która natychmiast ustawiła się tak samo jak on i zrobiła dwa kroki do przodu obracając się w prawo. Człowiek stojący w przejściu wykonał ten sam ruch co Amelia i w tym samym momencie co ona. Próbował się odwrócić w lewo zamiast w prawo, ale Amelia napięła mięśnie i zamknęła oczy, po czym wykonała ruch rzucania czymś w ziemię. Napastnik trzęsąc się także powoli opuścił i rzucił karabin na ziemię. Spooner złapał go od tyłu za twarz i lewą rękę, przyciągnął go do siebie. Reszta już swobodnie podeszła do szarpiących się. Wróg próbował ugryźć Spoona w palce, ale zrezygnował kiedy poczuł ze są niezwykle twarde.
     Spooner złapał napastnika za nadgarstki, podciął kostki, a kiedy tamten upadł, oplótł go nogami w pasie i rozłożył ręce na boki, zaciskając mocno dłonie. Ten unieruchomiony próbował się wyrwać, ale tak samo dobrze mógłby być zakuty w kamieniu, nic te szarpania nie dały. Zacisnął dłonie i je rozluźnił, spomiędzy palców wystrzeliły płomyki, muskając palce Spoonera i wchodząc między jego palce, ale kiedy nic to nie dało przestał się szarpać i spuścił głowę.
      Cała grupka podeszła do unieruchomionego napastnika, Fate złapała go za brodę i lekko podniosła, patrząc tamtemu prosto w oczy, na co tamten rozpaczliwie próbował patrzeć gdziekolwiek indziej.
      - Poczekaj, - powiedział Usher, łapiąc Fate za ramię - ja spróbuję. - Spojrzał na tamtego wyciągając w jego kierunku otwartą dłoń, powoli zbliżając palce do siebie. Tamten poruszył się niespokojnie, na co Usher gwałtownie rozcapierzył palce i uderzył go lekko w czoło, co spowodowało że uderzony odchylił głowę do tyłu, zamykając oczy i rozluźniając się całkowicie. Spooner go puścił i położył, już delikatnie, na podłodze. Spojrzał na Amelię.
      - Ame... - zaczął stłumionym, charczącym głosem, rozchylając "szczękę". Brzmiał jakby dawno nic nie powiedział, a w jego głosie był dźwięk podobny do ścierania czegoś papierem ściernym
      Nie dokończył przez adresatkę niedopowiedzianej kwestii. Podeszła i pchnęła go w tył.
      - Co Ty sobie wyobrażasz?! - krzyknęła, po czym opamiętała się. Później pokrzyczę, pomyślała.  - Czemu mi nie powiedziałeś, że tu idziesz? Oszczędziłbyś sporo czasu!
      - Myślałem że wystarczę. - powiedział powoli, tym strasznym głosem, po czym wplótł w głos, naprawdę ciężką do wychwycenia, nutkę rozbawienia - W końcu z Tobą daję radę, nawet kie...
      Czarnowłosa nawet nie mrugnęła, kiedy wymierzyła Spoonowi policzek. Ten z kolei odsunął się od niej i opuścił głowę. Podeszła, złapała go za ramię i popchnęła, znowu i nadal  niezbyt delikatnie, w stronę kontenerów. Kazała mu prowadzić do tych... Nastąpiło tutaj kilka słów niewartych powtórzenia. Na co nasz opancerzony kością, grzecznie się odwrócił i poprowadził korytarzem między zawartością hangaru do miejsca gdzie leżało czterech nieprzytomnych ludzi, z czego jeden siedział oparty o ścianę. Tos i Usher spojrzeli po sobie.
      - Tak właściwie - zaczął ten drugi - to czego dotyczy Twoja misja?
      Spooner nie odpowiedział, tylko pokazał siedzącego i wyciągnął ręce wprzód, krzyżując je w nadgarstkach.
      Fate razem z Amelią zaczęły w tym czasie zbierać leżącą na ziemi broń. Dwa noże, karabin, cztery pistolety i kij baseballowy. Wzięły po nożu i pistolecie, resztę dały chłopakom do podziału.
      - Miałeś więcej celów? - spytała niepewnie blondynka.
      Znowu nie odpowiedział. wskazał tylko jedną ze skrzyń, która sprawiała wrażenie, jakby ktoś uderzał w nią młotem. uderzył pięścią w dłoń, wyciągnął dłoń w stronę skrzyni, złapał powietrze palcem wskazującym i kciukiem, schował delikatnie do kieszeni.
      Tos bezceremonialnie wziął kij baseballowy i zaczął uderzać skrzynię. Po czwartym uderzeniu wyjął z niej metalowe pudełko o misternych, acz subtelnych wzorach zdobień.
      - Masz klucz? - spytał, spoglądając na Spoona. Ten wskazał puzdro, podrywając lekko głowę, Hohenheim pokiwał głową, na co złapał coś w powietrzu, wykonał gest, jakby otwierał to coś kluczem i otwierając wieko, wyciągnął ze środka kolejne coś, tym razem wykonał gest rozchylania wachlarza, po czym chwycił za niego, nadal go trzymając, drugą ręką jakby rzucił kartę na stół. - Świetnie. - skomentował Tos - Ale nie wiesz kto go ma?
      Zaprzeczenie. Usher wziął puzdro i obejrzał.
      - Skąd tutaj metal z Dastanu?
      - Skąd wiesz, że... - zaczęła Fate, ale Ush podstawił jej puzdro pod nos.
      - Widzisz te zdobienia? Zapamiętaj ten wzór na rogu wieka. Takie robi się tylko w kilku miejscach i to tylko w Dastanie.
      - Dobra, wierzę. Może już się zwiniemy?
      - Nie ma bata. - odpowiedział od razu.
      - Przecież już odpocząłeś po ostatnim! Możesz już chyba Skoczyć z powrotem! No chyba, że... - nikt nie dowiedział się niestety co miała na myśli Amelia, wtrącając się do rozmowy. Przerwała, kiedy spojrzała na twarz Usha.
      - Jest nas zbyt wielu, a nie mam zamiaru nikogo tutaj zostawiać. Z resztą, nie wiem gdzie jesteśmy... - dokończył obracając się w stronę Spoonera.
      Na co ten wskazał na widoczne stąd drzwi hangaru i zrobił kilka kroków w miejscu. Potem rozejrzał się dookoła, poderwał lekko głowę do góry, złapał powietrze, niczym kierownicę, potem potupał delikatnie w miejscu, spojrzał na zegarek. Wskazał na siebie, po czym pokazał wnętrze hangaru, zebrał ręce na klatce, po czym wyrzucił je energicznie na boki, zapiął kilka niewidzialnych guzików, niewidzialnej koszuli. Tos spojrzał na na jego lewy goleń, widniała na nim siatka gęsta pęknięć, a nawet w jednym miejscu wykruszyła się zewnętrzna warstwa pancerza, ujawniając unerwioną część pancerza, wyglądającą trochę jak świeża skóra, po oparzeniu.
      - Może z To... - zaczął.
      - Ja pójdę. Nie protestuj! Nogę i tak będziesz mieć stłuczoną. - przerwała mu Amelia.
-------~---*-~---~-*-~---~-*---~-------
      Tos, Fate i Usher, siedząc w Jeepie, stojącym przed hangarem, najpierw usłyszeli kilka stłumionych uderzeń. Nie mogli widzieć, jak Amelia ogląda i układa ubrania Spoonera, w miejscu w którym się Zmienił przed akcją, kiedy ten uderzał coraz wścieklej w kontener. Po szóstym uderzeniu padł na kolana, a Amelia do niego podeszła.
      W aucie usłyszeli krzyk. Pełen bólu. Rozdzierający. Zdzierający gardło.
      - Boże, już zapomniałam jak go to boli. - powiedziała Fate łamiącym się głosem.
      - Ja... też... - dodał Usher chowając twarz w dłonie.
      - Dlatego lubi pracować sam... - powiedział cicho, prawie szeptem Tos.
      Nie mogli tego widzieć. Amelia wtulała klatkę Spoona i jego głowę, w siebie, tak mocno jak mogła. Przykryła go jego koszulką od pępka, do kolan. Wszystko to wyglądało jakby dosłownie wchłaniał w siebie pancerz. Tylko strasznie się rzucał. Kiedy pancerz zszedł z jego twarzy, zacisnął z całej siły zęby i grymas bólu objął jego twarz. Cały czas wydawał z siebie cichy, warczący dźwięk, połączony z czymś, co przypominało dwie obcierające się o siebie betonowe płyty. Kiedy pancerz zaczął znikać z jego gardła, dźwięk zaczął nabierać na sile. W momencie kiedy cała jego szyja była już wolna, rozpętał się szalony koncert. przez chwilę tylko wył, kiedy po kilku sekundach uspokoił lekko wycie, zaczął krzyczeć. Po policzku zaczęły mu spływać łzy. Amelia objęła jego klatkę udami, położyła mu goleń na miednicy. objęła jego barki, złapała jedną ręką za łopatki, drugą za tył jego głowy, po czym wtuliła ją w swoją klatkę, żeby choć trochę stłumić krzyk. Delikatnie mierzwiła mu włosy.
      - Ćśśśśśśśśś... Przecież wytrzymasz... Ćśśśśśśś... dasz radę... - mówiła z przyzwyczajenia, wiedziała przecież, że to i tak nic nie pomaga. Zareagował na to tylko mocniejszym przytuleniem się.
      -Ami... - wychrypiał tylko , kiedy już się pozbył pancerza, została mu tylko jednolita, szara płytka na lewym goleniu - pomóż... się ubrać...

Project #2


II.
     Tos wyszedł z zaplecza, był ubrany w pomarańczową koszulkę, niebieskie jeansy, ucięte do kolan i czarno czerwone buty. Podszedł do Lamberta.
     - Siemasz Lam. Jak tam, żyjesz jeszcze?
     - Jakimś cudem... Wiesz że Zelia poszła na zlecenie koło trzeciej i jeszcze nie wróciła?
     - Co? Przecież mieliśmy iść na zlecenia dopiero jak ogarniemy młodych!
     - Poszła sama.
     - Cholera! Pewnie poszła na to, którego nikt nie chciał wziąć...
     - Na bank. Dobra, ja już lecę. Cześć Tos! - powiedział odchodząc w stronę zaplecza.
     - No cześć... - powiedział cicho.
     I tak Tos został za barem. Było koło godziny jedenastej. Znowu miał kłopoty ze snem. W praktyce, wyszło na to, że spał trzy i pół godziny. Wstał o dziewiątej trzydzieści, umył się, ubrał i wyszedł z mieszkania. Wychodząc zabrał pistolet w pokrowcu. Poszedł do swojego znajomego, żeby mu go naprawił. Tyle że znajomy mieszka kilka pięter wyżej, a windy były zajęte. W drodze na dół wrócił do mieszkania i wyjął z kurtki kopertę, którą wczoraj dostał od recepcjonisty. Wyjął z niej plik pieniędzy , złożoną kartkę i kartę kredytową. Czekał na nią od tygodnia. Większość banknotów włożył do skrytki, a resztę wraz z kartą i kartką włożył do portfela. Tak więc Tos przyszedł do baru o jedenastej. Poprosił znajomego barmana żeby zamknął za nim przejście, po czym ruszył w kierunku  części restauracyjnej. Nie miał dziś ochoty gotować, wolał zdać się na kumpla, którego poznał w gimnazjum. Wszyscy mówili że Clive Flynn jest bardzo dobrym kucharzem, wyśmienitym wręcz, jeśli mowa o mięsie. Tak więc podszedł do stolika blisko kuchni. Kiedy siadał na krześle z kuchni wyszła kelnerka. Miała na sobie strój roboczy, pasujący do jej spiętych w kok blond włosów. Była nieznacznie wyższa od Tosa. Spoglądając na niego uśmiechnęła się.
     - Cześć! Dawno Cię nie widziałam. Jak tam? - spytała.
     - Cześć Alicja! Jakoś sobie radzę, nie? Dostałaś jakichś młodych?
     - Jedną dziewczynę, chyba z Archipelagu. Podobno zdolna, ale skromna i cicha. A Ty?
     - Trójkę, dwóch chłopa i dziewczynę. Jeden z nich jest jakiś bardziej rozgarnięty! Spytał przynajmniej jak zejść.
     - Moja nie, poprosiła żebym po nią przyszła. Dobra, ja Cię zagaduję, a Ty mi tu pewnie głodujesz! - powiedziała żartobliwie, usmiechając się, podniosła kartkę i długopis.
     - Skoro tak stawiasz sprawę! - zaśmiał się - Może tosty z serem i kurczak.
     - Dobra. - uśmiechnęła się - Kiedy przychodzisz z nimi na halę?
     - Koło szesnastej się spotykamy przy barze. A Ty?
     - Miniemy się, ja o trzynastej. - odpowiedziała odwracając się.
     - Szkoda! - rzucił za odchodzącą.
     Po śniadaniu Toś uznał, że musi sobie zorganizować czas, więc uznał że pójdzie na drugie piętro, tam się znajdowało pierwsze piętro handlowe. Były tam drobne sklepy z odzieżą, jak i wielki market, a także mały sklep z nowiutką bronią, jak i kolejny, większy, ze sprzętami RTV AGD, a nawet apteka! Poszedł pochodzić bez celu po sklepach z ubraniami. Około trzynastej uznał, że może zrobić zakupy do mieszkania, więc kolejne czterdzieści minut spędził w markecie. Poszedł z zakupami do mieszkania, rozpakował je i poszedł na siódme  piętro, po swoją broń. Przy windach spotkał umięśnionego bruneta, około metra osiemdziesiąt.
     - Siemka Ahar! Właśnie do Ciebie szedłem.
     - Tos, posłuchaj dzisiaj Ci go nie zrobię, muszę iść sprawdzić swoich. Sam rozumiesz. - powiedział przepraszającym tonem Aharaj.
     - A spoko, nic się nie stało przecież. Ja sam dostałem trójkę do upilnowania.
     - Ja mam dwóch, jeden się popisuje tym, co umie, przy cywilach.
     - No to mu współczuję! - zaśmiał się Tos - Tylko nie traktuj go za ostro!
     - Zależy od tego co pokazywał. - uśmiechnął się Ahar - Jakbyś przyszedł pojutrze, to byłoby super.
     - Dobra, mi pasuje. Masz teraz czas?
     - Sorka, ale moi już na mnie czekają.
     - No trudno, do następnego.
     - Siemka.
     Ahar wrócił do windy, a Tos do mieszkania. Wyjął z porfela złożoną kartkę. Były na niej trzy numery telefonu, opatrzone nazwiskami jego podopiecznych. Wpisał je do telefonu, do nowych kontaktów, po czym napisał do wszystkich sms:
     "Ubierz się w coś luźnego/sportowego i weź plecak z zapasowym ubraniem"
     Rozejrzał się po mieszkaniu. Rzadko sprzątał, ale teraz nudził się tak bardzo, że postanowił ogarnąć sypialnię. W sumie, opłaciło mu się! Znalazł trochę drobnych i karty do gry. Drobne schował do skarbonki, a karty położył na szafce. Poszedł włączył telewizor, przełączył na kanał muzyczny i podgłośnił. Całe mieszkanie rozbrzmiało muzyką. Wszedł do kuchni, wyjął z lodówki ser, włożył chleb do tostera i nastawił wodę na herbatę. Czekając na wodę, pokroił ser w plasterki i go schował, zrobił sobie szybko sałatkę winegret. W międzyczasie tosty wyskoczyły, więc je wyjął i położył na nich plasterki sera. Tosty położył na talerzu, obok sałatki. Czajnik zagwizdał, więc zalał torebkę herbaty w żółtym kubku i zaniósł herbatę wraz z talerzem do salonu. Położył wszystko na stoliku i poszukał kanału informacyjnego. W pół do czwartej przebrał się w luźną czarno-czerwoną koszulkę bez rękawów, szare bojówki i zielono niebieskie adidasy.
     W barze od razu wypatrzył swoją grupkę, podszedł do niej. Dziewczyna znowu obserwowała mężczyzn w tej ogromnej sali. Siedziała pomiędzy chłopakami. Kyle grał w coś na komórce, a Johan zerkał co jakiś czas na Annę. Dorian zauważył Tosa i udał oburzenie.
     - Tos! No wiesz Ty co! Dopiero przyszli i już jesteś?
     - Dopiero? - spytał Tos.
     - Cztery minuty temu. - odpowiedziała Anna.
     - A ja myślałem, że zdążycie się zanudzić! Dobra chodźcie. - zakończył.
     Ruszyli z powrotem na zaplecze, ale tym razem przeszli do prostokątnej klapy w podłodze. Tos ją podniósł i ich oczom ukazały się schody. Zeszli po nich do drobnego pomieszczenia z drzwiami windy. Weszli do niej a Tos nacisnął guzik z numerem -3.
     - Jesteśmy w piwnicy, to jest jasne, ale musicie wiedzieć że "życie" w Karecie toczy się też tutaj. Na pierwszym i drugim jest po prostu magazyn. Dobra, jesteśmy. - winda stanęła, po czym wyszli.
     Weszli do ogromnej sali, wysokiej na niemal dziesięć metrów. W każdej ścianie znajdowały się dwa otwory, nad jednym widniał czerwony, neonowy X, a nad drugim zielona, neonowa strzałka. W tym ogromnym pomieszczeniu akurat znajdowała się ciężarówka, aktualnie rozłdowywana przez wózki widłowe. Jeździły one do ogromnej, ogrodzonej, metalowej platformy i tam ustawiały skrzynie. Kilka wózków stanęło na platformie, kierowcy zaciągnęli ręczny. Platforma się zatrzęsła, po czym ruszyła w górę.
     Tos dał towarzyszom chwilę. Potem wskazał na otwory w ścianach.
     - Tutaj znajdują się tunele, jak mówiłem, nie jesteśmy jedyną taką placówką. Jeden jest wjazdowy, drugi wyjazdowy, proste, a oszczędza wielu kłopotów. Nie mam pojęcia, dokąd które prowadzą, wiem tylko że cały kurs ciężarówek zaczyna się z jednej placówki, na obrzeżach, w przemysłowych rejonach miasta. - wskazał na platformę, która prawie zniknęła w suficie - Ta platforma jeździ do magazynu. Tak samo jak tutaj, jeden poziom magazynu nie zajmuje powierzchni jednego piętra, tak jak na górze.
     Tos zamilkł na chwilę, co Kyle wykorzystał.
     - A co z tymi wielkimi metalowymi drzwiami? Wyglądają podobnie jak te...
     - ...Od wind którymi jeździmy. - przerwał mu Tos - Bo to też jest winda, tyle że większa. Te którymi jeździmy mieszczą jakoś do dwunastu ludzi, ale te uwiozą około sześćdziesięciu. Na górze też są takie dwie. Ta tutaj i te wyżej są na wypadek ewakuacji, albo coś w tym stylu, więcej wiedzieć nie musisz.
     Kyle nie był zadowolony, że mentor mu przerwał.
     - No dobra, chodźcie do windy. Możecie się śmiało o coś pytać, ale dopiero w hali, dobra?
     Ruszył znowu do windy, lecz wszedł w drzwi znajdujące się obok windy. Poprowadził towarzyszy długim korytarzem, w którym co jakiś czas napotykali drzwi po obu stronach ścian. Tos wyjaśnił, że znajduje sie tu kilka biur. Na końcu korytarza znajdowała się kolejna winda, gdy trójka weszła, pojechali na poziom -4.
Wyszli z windy, mijając siedmioosobową grupkę
     - Sześciu? - spytał Tos.
     - Nawet nie gadaj! - odpowiedział zmęczonym tonem, wysoki łysy mężczyzna, z blond brodą, także w sportowym ubraniu.
     - Dobra! - uśmiechnął się.
     Wyszli z drobnego pomieszczenia z windą, przez wielkie, drewniane, dwuskrzydłowe drzwi.
     W tym momencie cała trójka wręcz oniemiała. Znajdowali się w ogromnej hali, dziewięciokrotnie większej od pomieszczenia z ciężarówką. A już tamto wydawało im się ogromne! Tutaj sufit znajdował się na wysokości dwudziestu pięciu metrów W hali znajdowały się cztery, masywne podpory, podtrzymujące każdy róg piętra rozładunkowego.
     Na hali znajdowały się różne maszyny do ćwiczeń, hantle, drążki, poustawiane pod ścianami, były pozajmowane przez dosłownie garstkę ludzi. Na jednej ścianie znajdowały się rzadko poustawiane drabinki. Patrząc na drabinki miało sie wrażenie jakby były śmiesznie małe, a sięgały na wysokość czterech i pół metra. Na podłodze, miejscami, leżały dosłownie stosy materacy. Całe pomieszczenie oświetlały lampy ze ścian, sufitu i podpór. Na hali znajdowało się kilka grupek, podobnych do naszej. Halę można podzielić na równe dziewięć kwadratów.
     Tos ruszył, jego towarzysze, oglądając się dookoła, ruszyli za nim. Po drodze machał paru znajomym. Stanął dopiero kiedy doszedł do kwadratu na lewo (patrząc od wejścia) od środka.
     - No dobra, wiecie czego macie się tu nauczyć? - spytał Tos patrząc się na towarzyszy.
     - Ogarniać nasz Dar? - pierwsza otrząsnęła się z wrazenia Anna.
     - Stwierdzasz? - uśmiechnął się Tos, dziewczyna się lekko zarumieniła i uśmiechnęła niezręcznie - Tak, po to tu jesteście. Ale pewnie nie wiecie po co te maszyny dookoła i cały sprzęt na hali?
     - Musimy ćwiczyć, żeby być silniejszymi. - powiedział Kyle.
     - Blisko, musicie się czuć w formie i na własne możliwości sprawnie. - sprostował Tos - W tej placówce bardzo ważne jest to jak czujecie się ze swoim ciałem, musicie być z niego zadowoleni, - wskazał palcem na swoją głowę, położył palec nad uchem - ponieważ wszystko idzie stąd. Wasze Dary się zmienią, jeśli zmieni się wasza mentalność. Musicie o siebie dbać, jeśli potrzebujecie, również przychodzić tutaj. Wiecie co to za ośrodek i po co się szkoli i opanowujemy Dary?
     Chwila ciszy, Johan spojrzał się na Tosa, ten chciał się spytać, o co chodzi, ale Johan wypalił
     - Wojsko zawsze potrzebuje armii, jej umiejętności i technologii.
     - Tak. - Tos przyjrzał się uważnie Johanowi, chłopak go bardzo zdziwił - W praktyce jesteśmy armią rezerwową, właściwie jednostką specjalną i najbardziej prestiżowymi żołnierzami. No ale w praktyce to też nie daje nic. No trudno. Dobra, lepiej pokażcie co umiecie.
     Kiedy to powiedział, odsunął się kilka kroków do tyłu. Kiedy przez kilkanaście sekund nic nie robili, tylko patrzyli po sobie, zaczął się niecierpliwić.
     - Ludzie! Tu niemal każdy potrafi więcej niż wy teraz. - powiedział, po czym się uśmiechnął. Z jego głowy zaczęły wyrastać rogi. Jeden wyrósł znad prawego ucha, kierując się w górę, drugi, z lewej strony, z miejsca gdzie żuchwa łączy się z czaszką, prostopadle do czaszki, po czym zaginał swój kształt do przodu i dołu, kończył się dobry kawałek przed brodą Tosa, poniżej niej - Wasza kolej, zmieńcie się, tyko kompletnie!
     Kyle wzruszył ramionami i poprosił żeby się odwrócili. Skoro ktoś zaczął, Johan również powiedział że potrzebuje tego samego co Kyle. Anna poprosiła o to by się nie patrzyli na nią kiedy coś zrobi. Wszyscy byli tym zdziwieni. Tos wskazał dyskretne, drobne drzwi w ścianie.
     - Dobra, może lepiej chodźmy tam.
     Zaprowadził ich do pomieszczenia pełniącego funkcję kolejnej szatni. Znajdowały się tam osobne przebieralnie, do których weszli wszyscy prócz Tosa.
     Chłopaki wyszli ubrani tylko w ręczniki, zawiązane w pasie, a Anna wyszła z koszulką z wyciętym materiałem na łopatkach i na bosaka.
     Kiedy wrócili, Tos błysnął tylko oczami, które zmieniły kolor na krwisty. Tamci od razu zaczęli się zmieniać.
     Anna padła na kolana, zakryła usta dłonią. Widać że nie lubiła tego robić, po chwili jasne było czemu jej twarz wykrzywił grymas bólu. Z łopatek zaczęły jej wyrastać skrzydła. Ból sprawiało to, że musiały przejść przez skórę i mięśnie. Kiedy całe jej wyrosły, były szare niczym popiół, z czerwonymi końcówkami. Kiedy się wyprostowała tęczówki zabarwiły jej się na złoto. Postawiła jedną stopę na podłodze, jej cera się rozjaśniła. Kiedy postawiła drugą stopę, stała już wyprostowana ze złożonymi skrzydłami, z delikatnym. W momencie postawienia całej stopy na podłodze, rozległ się delikatny brzęk, a nad jej głową pojawił się świetlisty krąg. Anioł, lecz o płomiennorudych włosach. Pytanie jaki?
     Kyle stał wyprostowany, jego skóra zaczęło pokrywać szarozieloną łuską. Jego oczy zmieniły kolor na żółty, jak u zwierząt. Źrenica stała się pionowa. Pogrubiły mu się łuki brwiowe. Wyglądał jakby coraz mocniej się uśmiechał, lecz w pewnym momencie jego głowa zaczęła się wydłużać i powiększać, zęby stały się podłużne, lekko zakrzywione do tyłu. Jego ciało zaczęło się kompletnie zmieniać. Nogi się wydłużyły i pogrubiły, ręce skróciły, wyrósł mu gruby, długi ogon. Tors ustawił mu się w pionie, wydłużyła szyja, palce skleiły w trzy u każdej kończyny, wyrosły szpony. Kiedy ręcznik opadł na ziemię stał przed Tosem mały dinozaur. Raptor, dość pokaźnych rozmiarów. W kłębie metr dziewięćdziesiąt
     Johan zaczął ciężko oddychać. Jego skóra pokryła się sierścią. Oczy stały się brązowe, ręce i nogi pogrubiły się i na podbiciach wyrosły czarne poduszki. Z każdego palca wyrastał pazur. Twarz zaczęła przypominać bardzien psią, niż ludzką. Wyrosły mu kły. Tors zaczął się rozrastać w każdą stronę. Niesamowicie się pogrubił. W małym człowieku wielki duch? Na pewno mocny głos. Zaczął sapać, jak to ludzie po wysiłku, po czym to sapanie zamieniło się w potężne niedźwiedzie sapnięcie. Ogromny niedźwiedź, grubo ponad dwumetrowy, stał nad ręcznikiem, w którym jeszcze chwilę temu stał ten niski człowieczek.
     Raptor "krzyknął" w stronę niedźwiedzia, zerkał co chwilę na niego, bokiem. Niedźwiedź mu odwarknął, Raptor się cofnął, po czym "krzyknął" w stronę Tosa.
     - Chłopcy uspokujcie się. - dźwięcznie, niczym pojawienie się aureoli, wyrzekł Anielica, po czym zbliżyła się do zwierząt, po czym dotknęła ich głów. Chłopcy zaczęli powoli odzyskiwać swój kształt i zwalniać rytm oddechu. Po chwili Anna ich puściła - Przepraszam! - krzyknęła przestraszona. Na powrót zmienili się w bestie, wrócił im oddech, Kyle-Raptor odbiegł kawałek od Anny, a Johan sapnął głośno i na nią spojrzał. Anna zaczęła wzlatywać w górę i zakrywać twarz dłońmi. Jej aureola zaczęła zamieniać się w metalowy pierścień
     Skóra Anny zaczęła powoli pękać, ujawniając blask płomieni, paznokcie zczarniały niczym pokryte lakierem. Włosy stały się białe, niczym śnieg. Pióra na skrzydłach pociemniały. Tos zdjął koszulkę, wyrosy mu nietoperze skrzydła. Podleciał do Anny. Chłopaki w tym czasie zaczęli wracać do ludzkiej formy i okrywać się ręcznikami. Tos dogonił Annę. Złapał jej dłonie i odsłonił twarz. Tam również skóra odsłoniła płomienie pod skórą. Oczy wyglądały, niczym zrobione z gładzonego grafitu. Pociekły jej łzy. Puścił jej dłonie i zanim odleciała przytulił, co odwzajemniła. Wyrosły mu rogi, tęczówka znowu zmieniła kolor na krwistoczerwony. Buty mu spadły, zamiast stóp miał kozie kopyta zbliżył usta do jej ucha.
     - Dziś nie Upadniesz, ni spadniesz, kobiece ciało zwrócisz. - po tych słowach jej skóra zaczęła się zrastać, płomień ucichł, skrzydła zaczęły zanikać, aureola zamieniła się w światło, po cym zgasła. Zaczęła wracać do ludzkiej postaci.
     Tos wziął ją na ręce, po czym złożył skrzydła i upadł ciężko na ziemię, stukając kopytami. Wylądował w kucki, pochylił się lekko do przodu i postawił Annę na podłodze. Chłopaki już dawno uwiązali ręczniki w pasie, Tos schował wszystkie atrybuty, ujął głowę Anny i oparł swoje czoło na jej, po chwili otworzyła oczy i spojrzał w nie głęboko.
     - Spokojnie, na chwilę straciłaś przytomność. - powiedział po chwili. Łatwiej tak powiedzieć, niż tłumaczyć, jak pozbawił ją świadomości.
    - Ja... nie chciałam... - niemal rozpłakała się znowu, patrząc na Kyle'a i Johana.
     - Ciiiiiiiiiii... - próbował ją uspokoić Tos.
     Chłopaki pomogli Annie wstać
     - Jest dobrze. - powiedział Kyle.
     - Nic się nie stało - powiedział Johan, spojrzała się na niego, jakby chciała coś powiedzieć, ale odwróciła wzrok.
     - Dlatego jesteście tutaj, ze mną i innymi. Już dobrze.
     - Tos, coś takiego może się jeszcze stać?
     - Na pewno, dlatego musisz sama zrozumić co się stało i dlaczego.
     - Niedźwiedź i Raptor, to drapieżniki! Chciałam ich uspokoić.bałam się że sobie coś zrobią!
     - W tamtych formach na pewno myśleli inczej niż teraz. Dar to głównie mentalność. W formie całkiem zmienionej wyostrza się nasza osobowość. Dlatego będziecie dążyć do tego co ja zrobiłem. Nie zmieniłem się.
     - Jak Ci się udało sprowadzić mnie na dół?
     - Anioł może upaść, zaczęłaś zmieniać się w upadłą wersję, zamieniać się w Demona. - Anna podniosła na niego zapłakany wzrok.
     - Anioł Śmierci. - powiedział łamiącym się głosem.
     - Co? - Tos nie dosłyszał. Anna pokręciła głową. Przybliżył ucho - powiedz cichutko.
     - Nie Demon, Anioł Śmierci. - wykrztusiła.
     - Tym łatwiej to opanujesz. - odrzekł spokojnie.
     Otarła łzy, stwierdziła że jest już dobrze, po czym wstała chwiejnie.
     - Opowiesz nam coś, o tym wszystkim? - poprosiła.
     - To moja rola. - uśmiechnął się. Poprowadził ich pod materace, po czym usiedli na nich - Widzę, że wszyscy tutaj muszą się nauczyć jednej, ważnej rzeczy. Możecie mieć kilka form, nie tylko ludzką i zmienioną. Ja jestem Demonem, tak się mówi oficjalnie, to była moja pierwsza forma. Jutro zaczniemy normalne zajęcia. Na dzisiaj, powiem wam, że sami musicie odkryć w sobie drugą formę. Zapewne rzadko się zmienialiście specjalnie, jeśli już to towarzyszyły wam mocne uczucia, prawda?
     - Stres. - odpowiedział Johan.
     - Gniew. - rzekł Kyle.
     - Czasem radość, a w... Tą Złą strach. - powiedziaa Anna.
     - Więc musicie się nauczyć, jak oddzielić Dar i emocje. Możecie je tylko wykorzystywać. Jeśli walczycie, to czasami opanują was różne emocje, musicie je wykorzystywać. Dobra, - uciął - dziś się dośc dużo wydarzyło, może już skończymy.
     - Jestem za. - powiedział Johan.
     - Może lepiej się ubierzmy. - zauważył Kyle.
     Kiedy byli już ubrani, a Anna się przebrała, Tos pokierował ich z powrotem na górę. Poszli zjeść kolację, po czym Tos ich wszystich odprowadził. Kyle zaczął się trochę bać Anny i kiedy Tos ich zostawił przed drzwiami, jak najszybciej wszedł do mieszkania. Johan spytał, czy można poprosić o zmianę mieszkania. Oczywiście można, jednak Tos na razie mu to odradził, uznał że lepiej jeśli najpierw nauczy się tutaj poruszać, a dopiero potem podejmie taką decyzję.
     Tos będąc już u siebie sprawdził tylko maila i poszedł pod prysznic. Leżąc potem w łóżku, nie mógł zasnąć. Racja, nie było jeszcze dwudziestej, ale był bardzo zmęczony dniem. Poszedł pograć na konsoli. O dwudziestej pierwszej po prostu czuł, że zaraz zapomni wyłączyć konsoli. Wyłączył ją i powlókł się do łóżka. Ledwo dwudziesta pierwsza a Tos już spał. Dawno tak wcześnie nie zasypiał. Miał nadzieję że się w końcu wyśpi, od paru dni miał straszne kłopoty ze snem. Zasnął po niespełna minucie leżenia w łóżku.

Projekt "Jestem tylko sobą/Jesteśmy tylko Bogiem" #1

Narrator ma ciężką pracę. Oczywiście, są tacy którzy się z tym nie zgadzają. I tacy którzy są zaprzeczeniem tej tezy. Zdarzają się Ci z darem, potrafiący opowiadać, posiadający charyzmę. Jednak ja nie o tym chciałbym opowiedzieć. Narrator musi znaleźć sposób by czytelnikom coś przekazać. Musi znaleźć sposób by wam opowiedzieć historię, taką jaka jest, jaką chce wam opowiedzieć tak, byście ją wysłuchali i wyciągnęli z niej wnioski. Ale ma to nadal być jego opowieść którą każdy, prawdopodobnie, zinterpretuje inaczej. Jednak, jeśli narrator sam nie do końca ma pojęcie co chce opowiedzieć, jest to tym trudniejsze, a także sam się wbija w glebę jeśli nawet nie ma pojęcia co chce przekazać jako morał czy cokolwiek innego.
...
Tak więc ten, no... Chciałbym Was zaprosić do czytania czegoś, co pierwszy raz ląduje gdziekolwiek indziej niż moja głowa lub karta pamięci. Będzie to wielopoziomowa historia (jeśli chodzi o próby i procesy twórcze, to faktycznie wielopoziomowa) opowiadająca o kimś, kto od początku do końca został STWORZONY przeze mnie. Zapamiętajcie to. To jest słowo klucz. Stworzony, stworzyć, stwarzanie.  To wszystko należy zapamiętać.
P.S. Mam pojęcie iż moja praca tutaj jest przerażająco mierna, jednak mam prośbę! Lub kilka, zależy jak na to patrzeć... Proszę każdego kto to czyta, pomimo poziomu dna - jakim ta praca się wręcz odznacza - jaki osiągnąłem pisząc to wszystko i to rozpoczynając, aby tego nie kopiowała. Może komuś o tym powiedzieć i w ogóle, cieszyłbym się jakby ilość osób które to czytają, bądź przeczytają, powiększała się. Jednak jest to moja praca i nie chciałbym, aby ktokolwiek przypisywał to sobie. Jest to coś, do czego mam prawo was prosić.
...
------------
...
I.
     Mamy naszego bohatera idącego ulicą. Było już dobrze po północy. Nosi brązową, skórzaną kurtkę i jeansy. Jego zielona koszulka pasowała do jego szaro-zielonych butów do biegania. Nasz bohater szedł uliczką, w stronę lokalu o nazwie Kareta, ozdobionego neonami w kształcie czterech asów i jokera. Nie do końca wiadomo było jak ten lokal nazwać. Znalazłbyś tam wszystko, od śmieciowego żarcia i napoje gazowane, przez alkohole i energetyki, do normalnych posiłków, od najprostszych poprzez "takie jak w domu", do wykwintnych niczym w restauracjach. Znajdziesz tam też maszyny do gry, bilard, stoły do pokera i ruletki. Przechodząc przez przeogromny parkiet, w godzinach porannych rzadko zastawiony stolikami, na krzesełkach jedli stali bywalcy, słuchając powolnej muzyki sączącej się z głośników, natomiast w godzinach wczesnowieczornych i nocnych okupowany przez tłumy ludzi przychodzących do najlepszego miejsca zabaw w mieście, dojdziesz do przeogromnego baru. W barze znajduje się przejście na potrzeby naszego bohatera i jemu podobnych. Na zapleczu baru znajdowała się klatka schodowa. To aż dziwne, ale nikogo nie obchodziło że w jednym z tych przeogromnych budynków, w którym znajduje się prawdopodobnie najlepsza imprezownia w kraju, gdzie znajduje się nad nim tak wiele pięter, żadne nie jest zajęte przez korporacje czy firmy. Prawnie nie należą do nikogo. W papierach także nic o tym nie ma. Nie ma nawet kto się zająć ich sprzedażą. Mimo to w tym budynku byli ludzie! Nikt tylko nie wiedział kim byli. Na szczęście też nie jest to najwyższy budynek. Tak na poważnie to jest raczej niski, biorąc pod uwagę wieżowce które go otaczają. Tak jak nasz bohater zresztą.
     Podchodząc do baru podniósł prawą rękę i poprawił swoje brązowe włosy. To samo zrobił wchodząc do budynku. Barman (jeden z wielu, stojący za ladą) wysoki, w czarnych spodniach i białej koszuli obsłużył innego klienta.
     - Jak tam Tos, późno dziś wracasz? - zagadnął barman ciepłym, przyjemnym dla ucha, lecz donośnym głosem.
     - Aaaaaaaa... Jakoś leci. Miałem więcej roboty niż pisało w zleceniu - odpowiedział swoim niskim, lekko basowym brzmieniem.
     - Słuchaj - powiedział barman nalewając do szklanki szkarłatny płyn wyjęty spod lady - Jakbyś był już wcześniej, to byś się załapał na przyjęcie nowych.
     - Co?! Lambert, nie gadaj że to było dziś!
     - A dziś, dziś.
     - Ale się będę tłumaczył w zarządzie.
     - Pewnie tak, ale słuchaj, dostałeś w przydziale tylko trzech - powiedział wskazując na dwóch kłócących się chłopaków i dziewczynę która nawet ich nie uspokajała, tylko oglądała się na przechodzących mężczyzn. Mrugnęła jakiemuś wysokiemu brunetowi, ten uśmiechnął się pokazując zęby. Biedak, zapatrzył się na nią i wpadł na jakiegoś niższego chłopaka z irokezem. Zaśmiała się. byli za daleko żeby usłyszeć co mówili - Nie skorzystali z opcji poczekania na Ciebie na zapleczu.
     - Bądźmy szczerzy, kto korzystał z tej opcji?
     - Masz rację, nawet ja wolałem wejść na parkiet! - zaśmiał się rubasznie Lambert na wspomnienie dawnych lat. Można było dostrzec kilka jego złotych zębów. Wbrew pozorom w Karecie się dużo nie zmienia z biegiem czasu. - Ale zmieńmy temat. Nimi zajmiesz się trochę później, podobno wiedzą jak wyglądasz, więc poczekamy i zobaczymy jak szybko się zorientują że czekasz. Wiesz że minąłeś się z Zelią? - Tosowi rozszerzyły się oczy - Przed chwilą skończyła witać swoich. Poszła już do siebie.
     - No i kiedy ja... - urwał Tos.
     - Kiedy Ty co?
     - Nieważne, to tylko myślenie na g...
     - Ważne! Weź do niej w końcu podejdź i pogadaj! - Tos wyglądał teraz na załamanego, patrzył się w blat swoimi brązowymi oczami, podtrzymywał głowę na rękami - No nie płacz tylko z takiego powodu.
     -No kiedy ja z nią jedną nie umiem tylko pogadać - odpowiedział smętnie.
     - Polej kolejkę hardego mji i nassemu zakohhhańcofi - powiedział jakiś imprezowicz, stając przy barze. Lambert polał tak jak chciał klient i wziął od niego banknot. Nie zdążył wydać reszty, tamten wstał, spojrzał nieprzytomnie w oczy Tosa, wypił i poklepał go po ramieniu odchodząc.
     - To było dziwne - rzekł nasz skonsternowany bohater.
     - Racja, dziwne... - odpowiedział nie mniej zdziwiony Lambert, ale po chwili zmienił się jego wyraz twarzy, gdy coś zauważył - Ej bierz się w garść, Twoi się zastanawiają czy to Ciebie mają znaleźć! - wyrzucił z siebie jednym tchem barman, kiwając głową komuś za plecami Tosa.
     -W tym momencie? Poważnie? - lamentował przyszły opiekun.
     - Zamknij się i odwróć! - odwarknął Lamb.
     - Nie piernicz tylko otwieraj przejście!
     - No i tak trzymaj - powiedział odsuwając kilka rygli pod ladą.
     - Zamknij się! - rzucił w stronę baru, obrócił się w stronę przybyłej trójki i powiedział - Dobra, witam was i takie tam - powiedział do przybyłych - Tu jest trochę głośno, co nie? Pogadamy po drugiej stronie.
     Odwrócił się znowu w stronę baru, chwycił za blat i go podniósł. Przesunął ukryte w blacie drzwiczki w lewo na zawiasie,opuścił drzwiczki na blat baru. Oto stał w przejściu szerokim na dobry metr. Kiwnął zdziwionej trójce i odwrócił się w stronę drzwi na zaplecze.
     Dość krótkie przejście prowadziło na zaplecze w którym czekało kilka par kolejnych drzwi. Już w tym miejscu panowała niemal cisza, słychać było tylko stłumione dudnienie basów. Przechodząc przez kolejne drzwi, trójka podopiecznych Tosa oniemiała. Jeszcze chwilę temu znajdowali się na zapleczu najlepszej imprezowni w kraju, a teraz stali w przestronnym holu z recepcją! Teraz Tos obrócił się do zdziwionych.
     - No dobra, skoro już tu jesteśmy nadszedł czas na drobne uprzejmości. Pewnie już wiecie jak się nazywam...
     - Tak, proszę pana - odparł chórek.
     - ...Ale i tak się przedstawię - uśmiechnął się - Antoni Hohenheim, ale mówcie Tos. Dobra?
     - Jak pan chce - odparła dziewczyna przyjemnym, cichym głosem. Miała włosy farbowane na kolor bardzo ciemny czerwony. Wyglądały jak czarne, ale połyskiwały na ciemnoczerwono.
     - Ale czemu akurat "Tos"? - Spytał chudy chłopak wiele wyższy od opiekuna. Miał pasujący do jego wzrostu głos. Też wysoki. Tos szacował go na jakieś metr dziewięćdziesiąt, podczas gdy sam miał metr sześćdziesiąt siedem.
     - Pokrętną drogą, ale od imienia, durniu! - odparł ostro niski, ale szeroki w barach i umięśniony, blondyn mocnym głosem o niskim  brzmieniu. Był niższy od Tosa dosłownie o trzy lub cztery centymetry.
     - Zadałem pytanie panu! Nie Tobie, konusie - powiedział wysoki, patrząc z góry na Tosa, który się uśmiechał coraz szerzej.
     - Skończcie z tym "panem" - powiedział opiekun udając groźny ton - Blondynek ma rację, - blondyn się uśmiechnął - tak jakoś samo wyszło, ale od imienia. I zapamiętajcie, jestem od was starszy tylko trzy lata i jeśli będziecie, przez tyle właśnie czasu dobrze pracowali w Karecie, to sami dostaniecie jakichś podopiecznych. Druga rzecz do zapamiętania, jestem przede wszystkim waszym mentorem, ale także przyjacielem - Tos na chwilę przerwał i się zaśmiał - Tak, wiem! Ględzę i prowadzę monolog! Hah... No dobra, żeby było jasne uczę was przez dwa lata, w trzecim już jesteście pełnoprawnymi mieszkańcami tego miejsca. Jeśli jednak zrobicie coś co będzie łamać regulamin Karety, to będziecie musieli dłużej odpracowywać, będąc pozbawionymi niektórych praw etcetera, etcetera, dopóki nie nauczycie się żyć w tej wspólnocie. Tutaj jak widzicie jest recepcja! Jeśli ma do was przyjść paczka, czy list, albo chcecie odebrać cokolwiek osobistego, znajduje się to tutaj. Zgaduję że gość, który was tu przywiózł, dał wam koperty zaklejone woskiem?
     - Tak, w mojej torebce - odparła dziewczyna, wyjmując z torebki błyszczyk - wybaczcie, to mała torebka, ciężko coś wyjąć - lekko zmieszana zaczęła wyjmować kolejną rzecz. Pomadka - Potrzymaj - coraz bardziej zmieszana dała kosmetyki blondynowi, który stał bliżej niej. Była od niego wyższa o jakieś dziesięć centymetrów. Wyjęła telefon, dość spory scyzoryk. Teraz oblała się rumieńcem, a nasz drągal rozszerzył oczy. Portfel - Są! - powiedziała wyjmując trzy koperty i podając je Tosowi. Koperty były, jak już wspomniano, zaklejone woskiem. Nowoczesne koperty zaklejone w średniowieczny sposób. W zielonym wosku odciśnięto inicjały "A.H.", otoczone zaokrąglonymi, przypominającymi krótkie szpikulce kształtami. Lewy był skierowany do góry, natomiast prawy, do dołu. W wosk, pod kształtem pieczątki, wtopiona była krótka wstążeczka, w czerwonym kolorze, lecz z posrebrzanymi krawędziami.
     - Świetnie - uśmiechnął się idąc w kierunku ubranego w garnitur i schludnie uczesanego recepcjonisty za blatem.
     Podążając za nim dziewczyna chowała swoje rzeczy do torebki. Podał koperty recepcjoniście, który przyjrzał się uważnie twarzy Tosa, po czym wyjął wyjął, z szafki pod blatem, grubą kopertę, z taką samą pieczęcią, lecz wstążeczka miała pozłacane krawędzie i biały pasek na środku. Tos spojrzał na pasek po czym natychmiast schował ją do kieszeni kurtki, odsłaniając przy tym pas zakładany na tors, z przypiętym po prawej stronie pistoletem, a po lewej dużym, zazębionym nożem. Jego towarzyszom zabłyszczały oczy! Recepcjonista otworzył koperty i z każdej wyjął złożoną kartkę. Spojrzał na nie i wyjął trzy nieduże paczki. Wziął pierwszą kartkę, rozłożył ją i przeczytał, głosem wyważonym i o czystym, męskim brzmieniu:
     - Kyle Fritz.
     - To ja - powiedział wysoki brunet.
     - Pana paczka - powiedział przesuwając jedną z nich bliżej krawędzi. Rozłożył następną kartkę - Anna Troy.
     - Jestem - powiedziała dziewczyna, delikatnie się uśmiechając.
     - Pani paczka -  wysunął kolejną paczkę, rozwinął ostatnią, pozostałą już kartkę - Johan Jonson.
     - Ja - rzekł blondyn o niebieskich oczach.
     - Pana paczka - powiedział recepcjonista przesuwając paczkę bliżej krawędzi.
     - Dobra skoro już wszyscy wszystko mają chodźcie już do windy - ruszył w lewo, gdzie znajdowały się windy, nacisnął guzik by jedną przywołać - Otwórzcie paczki, uważajcie żeby niczego nie rozsypać, na samej górze powinny znajdować się karty zameldowania. Dajcie mi je na chwilę.
     W trakcie czekania na windę trójka uporała się ze znalezieniem kart, więc wchodząc do windy Tos mógł już je przeczytać.
     - Ja sam mieszkam na trzecim piętrze, ale widzę, że Wy wszyscy mieszkacie na czwartym - w tym momencie wcisnął guzik z numerem cztery - Dobra. Jak już wejdziecie do pokoi zaraz za drzwiami będą czekać wasze bagaże. Klucze macie w paczkach. Trochę ich poszukacie, małe czerwone pudełeczko, zawsze pakują je na samym dole paczki. Tak w ogóle w paczce macie klucze,wszystkie dokumenty jakich tutaj będziecie potrzebować, trochę pieniędzy. Takie tam ważne rzeczy. Z resztą, sami zobaczycie - oddał im karty zameldowania i coś na nich wskazał - Tutaj jest napisane piętro na którym mieszkacie... - wskazał poniżej - ...a tutaj numer waszego mieszkania - w tej chwili winda stanęła i otworzyły się drzwi - No, chodźcie, wasze pokoje czekają.
     Tos spojrzał jeszcze na ich karty zameldowania i poprowadził ich siatką korytarzy, przechodząc przez wąskie przejścia, czasem szerokie korytarze, czasami mijając prostokątne pomieszczenia z dwoma, lub trzema parami drzwi. Podczas trasy opowiadał:
     - Widzicie, że jest tu bardzo dużo drzwi z kolejnymi numerami. Spoglądając na mapy widać określony schemat, w jakiej kolejności są przypisywane numery, ale w praktyce ciężko jest znaleźć odpowiedni pokój. Jak na razie wasze pokoje mają jakieś umeblowanie i osprzęt, ot najpotrzebniejsze rzeczy. Z czasem je umeblujecie jak będziecie chcieli. Drzwi nieoznaczone numerami mają obok plakietki z opisem, co to za pomieszczenie. Są to z reguły pomieszczenia personelu, jednak zdarzają się zwykłe schowki na sprzęt. Nie mam pojęcia ile jest pokoi mieszkalnych na poszczególnych piętrach. Większość to kawalerki, chociaż są też takie dla paru osób. Jednak na każdym piętrze jest wiele więcej pomieszczeń niż tylko mieszkania. Poza tym, sami zobaczycie, że mieszkań jest więcej niż potrzeba. Pięter mieszkalnych jest siedemnaście. Cała reszta to piętra ze sklepami, restauracjami, mamy tu wszystko tak jak w każdym mieście. Tylko że Kareta to małe miasteczko, a wybudowano ją w centrum miasta. No cóż. Mamy też całe jedno piętro dla samego zarządu. Mamy wielką halę treningową, ale on znajduje się w piwnicy. Ale nie jesteśmy sami. Nawet w tym mieście, znajdują się jeszcze kolejne, podobne budynki.
     Dotarli do prostokątnego pomieszczenia z trzema parami drzwi.
     - Kyle i Anna. Jakie mieliście numery pokoi? - spytał Tos
     - Pięćdziesiąt dziewięć - powiedziała Anna.
     - Sześćdziesiąt jeden - odrzekł Kyle.
     - No dobra, to wy wiecie gdzie mieszkacie. Minie dobry miesiąc zanim nauczycie się tutaj poruszać. Jutro, jak wstaniecie, będzie pierwszy test. Jest godzina... kurde. Wpół do drugiej. No dobra, dziś, jak wstaniecie to się ogarnijcie, rozgośćcie się, rozpakujcie.zapoznajcie z pokojem. Macie o piętnastej... hmmm, nie. O szesnastej siedzieć we trójkę przy barze, najlepiej pytajcie o barmana Doriana. Usiądźcie gdzieś blisko miejsca gdzie on obsługuje. Na ten moment dobranoc, odprowadzę jeszcze Johana i sam idę spać.
     Podał rękę Annie i Kyle'owi i wyszedł kawałek dalej od ich pokoi, spojrzał na kartę Johana i zaczął znowu skręcać i przechodzić przez kolejne korytarze. Po chwili już byli na miejscu.
     - Pięćdziesiąt  dwa? - spytał Tos.
     - Taaa...
     - No, to już wiesz co jutro robimy i w ogóle. To do j...
     - Czekaj chwile, jak mam zejść na dół?
     - Dobrze że pytasz, najwyżej tamci będą pytać o drogę. Kareta jest zbudowana na planie kwadratu. Na każdej z czterech ścian znajdują się trzy windy, ale obok nich są jeszcze postawione schody. Polecam je, jeśli potrzebujesz gdzieś zejść i zapamiętać drogę. Ale windą się dostaniesz dalej i szybciej, mimo to ich nie polecam, czasem są zajęte. Dojedziesz na zaplecze imprezowni to w sumie będziesz na miejscu, musisz tylko trafić w dobre miejsce, bo tylko windami od wschodniej strony dojedziesz na zaplecze.
     - Dobra, dzięki za fatygę. I tak się w tym pogubiłem - zakończył rozmowę Johan, uśmiechając się niezręcznie.
     - Nie no, spoko. I tak się wykazałeś. Oni nawet nie spytali jak zejść, nie? - zaśmiali się razem z myśli, ile czasu zajmie Kyle'owi i Annie zejście do baru.
     Podali sobie ręce i Tos poszedł w stronę schodów zejść na swoje piętro, do swojego pokoju. Mieszkał w bardzo przestronnym jednoosobowym mieszkaniu, pod numerem trzydzieści dziewięć. Wchodząc powiesił kurtkę na wieszaku, zdjął buty, po czym wręcz rzucił się na lodówkę! Zjadł porządną kolację z tostów z masłem, smażonej szynki, jajecznicy, herbaty i miski suszonych kawałków jabłka. Po kolacji przyszła chwila na telewizję i przegląd maila. Wziął szybki prysznic i legł na łóżko bez sił. Ale znowu nie mógł zasnąć. Długo myślał o Zelii.