czwartek, 30 stycznia 2020

Projekt "Jestem tylko sobą/Jesteśmy tylko Bogiem" #1

Narrator ma ciężką pracę. Oczywiście, są tacy którzy się z tym nie zgadzają. I tacy którzy są zaprzeczeniem tej tezy. Zdarzają się Ci z darem, potrafiący opowiadać, posiadający charyzmę. Jednak ja nie o tym chciałbym opowiedzieć. Narrator musi znaleźć sposób by czytelnikom coś przekazać. Musi znaleźć sposób by wam opowiedzieć historię, taką jaka jest, jaką chce wam opowiedzieć tak, byście ją wysłuchali i wyciągnęli z niej wnioski. Ale ma to nadal być jego opowieść którą każdy, prawdopodobnie, zinterpretuje inaczej. Jednak, jeśli narrator sam nie do końca ma pojęcie co chce opowiedzieć, jest to tym trudniejsze, a także sam się wbija w glebę jeśli nawet nie ma pojęcia co chce przekazać jako morał czy cokolwiek innego.
...
Tak więc ten, no... Chciałbym Was zaprosić do czytania czegoś, co pierwszy raz ląduje gdziekolwiek indziej niż moja głowa lub karta pamięci. Będzie to wielopoziomowa historia (jeśli chodzi o próby i procesy twórcze, to faktycznie wielopoziomowa) opowiadająca o kimś, kto od początku do końca został STWORZONY przeze mnie. Zapamiętajcie to. To jest słowo klucz. Stworzony, stworzyć, stwarzanie.  To wszystko należy zapamiętać.
P.S. Mam pojęcie iż moja praca tutaj jest przerażająco mierna, jednak mam prośbę! Lub kilka, zależy jak na to patrzeć... Proszę każdego kto to czyta, pomimo poziomu dna - jakim ta praca się wręcz odznacza - jaki osiągnąłem pisząc to wszystko i to rozpoczynając, aby tego nie kopiowała. Może komuś o tym powiedzieć i w ogóle, cieszyłbym się jakby ilość osób które to czytają, bądź przeczytają, powiększała się. Jednak jest to moja praca i nie chciałbym, aby ktokolwiek przypisywał to sobie. Jest to coś, do czego mam prawo was prosić.
...
------------
...
I.
     Mamy naszego bohatera idącego ulicą. Było już dobrze po północy. Nosi brązową, skórzaną kurtkę i jeansy. Jego zielona koszulka pasowała do jego szaro-zielonych butów do biegania. Nasz bohater szedł uliczką, w stronę lokalu o nazwie Kareta, ozdobionego neonami w kształcie czterech asów i jokera. Nie do końca wiadomo było jak ten lokal nazwać. Znalazłbyś tam wszystko, od śmieciowego żarcia i napoje gazowane, przez alkohole i energetyki, do normalnych posiłków, od najprostszych poprzez "takie jak w domu", do wykwintnych niczym w restauracjach. Znajdziesz tam też maszyny do gry, bilard, stoły do pokera i ruletki. Przechodząc przez przeogromny parkiet, w godzinach porannych rzadko zastawiony stolikami, na krzesełkach jedli stali bywalcy, słuchając powolnej muzyki sączącej się z głośników, natomiast w godzinach wczesnowieczornych i nocnych okupowany przez tłumy ludzi przychodzących do najlepszego miejsca zabaw w mieście, dojdziesz do przeogromnego baru. W barze znajduje się przejście na potrzeby naszego bohatera i jemu podobnych. Na zapleczu baru znajdowała się klatka schodowa. To aż dziwne, ale nikogo nie obchodziło że w jednym z tych przeogromnych budynków, w którym znajduje się prawdopodobnie najlepsza imprezownia w kraju, gdzie znajduje się nad nim tak wiele pięter, żadne nie jest zajęte przez korporacje czy firmy. Prawnie nie należą do nikogo. W papierach także nic o tym nie ma. Nie ma nawet kto się zająć ich sprzedażą. Mimo to w tym budynku byli ludzie! Nikt tylko nie wiedział kim byli. Na szczęście też nie jest to najwyższy budynek. Tak na poważnie to jest raczej niski, biorąc pod uwagę wieżowce które go otaczają. Tak jak nasz bohater zresztą.
     Podchodząc do baru podniósł prawą rękę i poprawił swoje brązowe włosy. To samo zrobił wchodząc do budynku. Barman (jeden z wielu, stojący za ladą) wysoki, w czarnych spodniach i białej koszuli obsłużył innego klienta.
     - Jak tam Tos, późno dziś wracasz? - zagadnął barman ciepłym, przyjemnym dla ucha, lecz donośnym głosem.
     - Aaaaaaaa... Jakoś leci. Miałem więcej roboty niż pisało w zleceniu - odpowiedział swoim niskim, lekko basowym brzmieniem.
     - Słuchaj - powiedział barman nalewając do szklanki szkarłatny płyn wyjęty spod lady - Jakbyś był już wcześniej, to byś się załapał na przyjęcie nowych.
     - Co?! Lambert, nie gadaj że to było dziś!
     - A dziś, dziś.
     - Ale się będę tłumaczył w zarządzie.
     - Pewnie tak, ale słuchaj, dostałeś w przydziale tylko trzech - powiedział wskazując na dwóch kłócących się chłopaków i dziewczynę która nawet ich nie uspokajała, tylko oglądała się na przechodzących mężczyzn. Mrugnęła jakiemuś wysokiemu brunetowi, ten uśmiechnął się pokazując zęby. Biedak, zapatrzył się na nią i wpadł na jakiegoś niższego chłopaka z irokezem. Zaśmiała się. byli za daleko żeby usłyszeć co mówili - Nie skorzystali z opcji poczekania na Ciebie na zapleczu.
     - Bądźmy szczerzy, kto korzystał z tej opcji?
     - Masz rację, nawet ja wolałem wejść na parkiet! - zaśmiał się rubasznie Lambert na wspomnienie dawnych lat. Można było dostrzec kilka jego złotych zębów. Wbrew pozorom w Karecie się dużo nie zmienia z biegiem czasu. - Ale zmieńmy temat. Nimi zajmiesz się trochę później, podobno wiedzą jak wyglądasz, więc poczekamy i zobaczymy jak szybko się zorientują że czekasz. Wiesz że minąłeś się z Zelią? - Tosowi rozszerzyły się oczy - Przed chwilą skończyła witać swoich. Poszła już do siebie.
     - No i kiedy ja... - urwał Tos.
     - Kiedy Ty co?
     - Nieważne, to tylko myślenie na g...
     - Ważne! Weź do niej w końcu podejdź i pogadaj! - Tos wyglądał teraz na załamanego, patrzył się w blat swoimi brązowymi oczami, podtrzymywał głowę na rękami - No nie płacz tylko z takiego powodu.
     -No kiedy ja z nią jedną nie umiem tylko pogadać - odpowiedział smętnie.
     - Polej kolejkę hardego mji i nassemu zakohhhańcofi - powiedział jakiś imprezowicz, stając przy barze. Lambert polał tak jak chciał klient i wziął od niego banknot. Nie zdążył wydać reszty, tamten wstał, spojrzał nieprzytomnie w oczy Tosa, wypił i poklepał go po ramieniu odchodząc.
     - To było dziwne - rzekł nasz skonsternowany bohater.
     - Racja, dziwne... - odpowiedział nie mniej zdziwiony Lambert, ale po chwili zmienił się jego wyraz twarzy, gdy coś zauważył - Ej bierz się w garść, Twoi się zastanawiają czy to Ciebie mają znaleźć! - wyrzucił z siebie jednym tchem barman, kiwając głową komuś za plecami Tosa.
     -W tym momencie? Poważnie? - lamentował przyszły opiekun.
     - Zamknij się i odwróć! - odwarknął Lamb.
     - Nie piernicz tylko otwieraj przejście!
     - No i tak trzymaj - powiedział odsuwając kilka rygli pod ladą.
     - Zamknij się! - rzucił w stronę baru, obrócił się w stronę przybyłej trójki i powiedział - Dobra, witam was i takie tam - powiedział do przybyłych - Tu jest trochę głośno, co nie? Pogadamy po drugiej stronie.
     Odwrócił się znowu w stronę baru, chwycił za blat i go podniósł. Przesunął ukryte w blacie drzwiczki w lewo na zawiasie,opuścił drzwiczki na blat baru. Oto stał w przejściu szerokim na dobry metr. Kiwnął zdziwionej trójce i odwrócił się w stronę drzwi na zaplecze.
     Dość krótkie przejście prowadziło na zaplecze w którym czekało kilka par kolejnych drzwi. Już w tym miejscu panowała niemal cisza, słychać było tylko stłumione dudnienie basów. Przechodząc przez kolejne drzwi, trójka podopiecznych Tosa oniemiała. Jeszcze chwilę temu znajdowali się na zapleczu najlepszej imprezowni w kraju, a teraz stali w przestronnym holu z recepcją! Teraz Tos obrócił się do zdziwionych.
     - No dobra, skoro już tu jesteśmy nadszedł czas na drobne uprzejmości. Pewnie już wiecie jak się nazywam...
     - Tak, proszę pana - odparł chórek.
     - ...Ale i tak się przedstawię - uśmiechnął się - Antoni Hohenheim, ale mówcie Tos. Dobra?
     - Jak pan chce - odparła dziewczyna przyjemnym, cichym głosem. Miała włosy farbowane na kolor bardzo ciemny czerwony. Wyglądały jak czarne, ale połyskiwały na ciemnoczerwono.
     - Ale czemu akurat "Tos"? - Spytał chudy chłopak wiele wyższy od opiekuna. Miał pasujący do jego wzrostu głos. Też wysoki. Tos szacował go na jakieś metr dziewięćdziesiąt, podczas gdy sam miał metr sześćdziesiąt siedem.
     - Pokrętną drogą, ale od imienia, durniu! - odparł ostro niski, ale szeroki w barach i umięśniony, blondyn mocnym głosem o niskim  brzmieniu. Był niższy od Tosa dosłownie o trzy lub cztery centymetry.
     - Zadałem pytanie panu! Nie Tobie, konusie - powiedział wysoki, patrząc z góry na Tosa, który się uśmiechał coraz szerzej.
     - Skończcie z tym "panem" - powiedział opiekun udając groźny ton - Blondynek ma rację, - blondyn się uśmiechnął - tak jakoś samo wyszło, ale od imienia. I zapamiętajcie, jestem od was starszy tylko trzy lata i jeśli będziecie, przez tyle właśnie czasu dobrze pracowali w Karecie, to sami dostaniecie jakichś podopiecznych. Druga rzecz do zapamiętania, jestem przede wszystkim waszym mentorem, ale także przyjacielem - Tos na chwilę przerwał i się zaśmiał - Tak, wiem! Ględzę i prowadzę monolog! Hah... No dobra, żeby było jasne uczę was przez dwa lata, w trzecim już jesteście pełnoprawnymi mieszkańcami tego miejsca. Jeśli jednak zrobicie coś co będzie łamać regulamin Karety, to będziecie musieli dłużej odpracowywać, będąc pozbawionymi niektórych praw etcetera, etcetera, dopóki nie nauczycie się żyć w tej wspólnocie. Tutaj jak widzicie jest recepcja! Jeśli ma do was przyjść paczka, czy list, albo chcecie odebrać cokolwiek osobistego, znajduje się to tutaj. Zgaduję że gość, który was tu przywiózł, dał wam koperty zaklejone woskiem?
     - Tak, w mojej torebce - odparła dziewczyna, wyjmując z torebki błyszczyk - wybaczcie, to mała torebka, ciężko coś wyjąć - lekko zmieszana zaczęła wyjmować kolejną rzecz. Pomadka - Potrzymaj - coraz bardziej zmieszana dała kosmetyki blondynowi, który stał bliżej niej. Była od niego wyższa o jakieś dziesięć centymetrów. Wyjęła telefon, dość spory scyzoryk. Teraz oblała się rumieńcem, a nasz drągal rozszerzył oczy. Portfel - Są! - powiedziała wyjmując trzy koperty i podając je Tosowi. Koperty były, jak już wspomniano, zaklejone woskiem. Nowoczesne koperty zaklejone w średniowieczny sposób. W zielonym wosku odciśnięto inicjały "A.H.", otoczone zaokrąglonymi, przypominającymi krótkie szpikulce kształtami. Lewy był skierowany do góry, natomiast prawy, do dołu. W wosk, pod kształtem pieczątki, wtopiona była krótka wstążeczka, w czerwonym kolorze, lecz z posrebrzanymi krawędziami.
     - Świetnie - uśmiechnął się idąc w kierunku ubranego w garnitur i schludnie uczesanego recepcjonisty za blatem.
     Podążając za nim dziewczyna chowała swoje rzeczy do torebki. Podał koperty recepcjoniście, który przyjrzał się uważnie twarzy Tosa, po czym wyjął wyjął, z szafki pod blatem, grubą kopertę, z taką samą pieczęcią, lecz wstążeczka miała pozłacane krawędzie i biały pasek na środku. Tos spojrzał na pasek po czym natychmiast schował ją do kieszeni kurtki, odsłaniając przy tym pas zakładany na tors, z przypiętym po prawej stronie pistoletem, a po lewej dużym, zazębionym nożem. Jego towarzyszom zabłyszczały oczy! Recepcjonista otworzył koperty i z każdej wyjął złożoną kartkę. Spojrzał na nie i wyjął trzy nieduże paczki. Wziął pierwszą kartkę, rozłożył ją i przeczytał, głosem wyważonym i o czystym, męskim brzmieniu:
     - Kyle Fritz.
     - To ja - powiedział wysoki brunet.
     - Pana paczka - powiedział przesuwając jedną z nich bliżej krawędzi. Rozłożył następną kartkę - Anna Troy.
     - Jestem - powiedziała dziewczyna, delikatnie się uśmiechając.
     - Pani paczka -  wysunął kolejną paczkę, rozwinął ostatnią, pozostałą już kartkę - Johan Jonson.
     - Ja - rzekł blondyn o niebieskich oczach.
     - Pana paczka - powiedział recepcjonista przesuwając paczkę bliżej krawędzi.
     - Dobra skoro już wszyscy wszystko mają chodźcie już do windy - ruszył w lewo, gdzie znajdowały się windy, nacisnął guzik by jedną przywołać - Otwórzcie paczki, uważajcie żeby niczego nie rozsypać, na samej górze powinny znajdować się karty zameldowania. Dajcie mi je na chwilę.
     W trakcie czekania na windę trójka uporała się ze znalezieniem kart, więc wchodząc do windy Tos mógł już je przeczytać.
     - Ja sam mieszkam na trzecim piętrze, ale widzę, że Wy wszyscy mieszkacie na czwartym - w tym momencie wcisnął guzik z numerem cztery - Dobra. Jak już wejdziecie do pokoi zaraz za drzwiami będą czekać wasze bagaże. Klucze macie w paczkach. Trochę ich poszukacie, małe czerwone pudełeczko, zawsze pakują je na samym dole paczki. Tak w ogóle w paczce macie klucze,wszystkie dokumenty jakich tutaj będziecie potrzebować, trochę pieniędzy. Takie tam ważne rzeczy. Z resztą, sami zobaczycie - oddał im karty zameldowania i coś na nich wskazał - Tutaj jest napisane piętro na którym mieszkacie... - wskazał poniżej - ...a tutaj numer waszego mieszkania - w tej chwili winda stanęła i otworzyły się drzwi - No, chodźcie, wasze pokoje czekają.
     Tos spojrzał jeszcze na ich karty zameldowania i poprowadził ich siatką korytarzy, przechodząc przez wąskie przejścia, czasem szerokie korytarze, czasami mijając prostokątne pomieszczenia z dwoma, lub trzema parami drzwi. Podczas trasy opowiadał:
     - Widzicie, że jest tu bardzo dużo drzwi z kolejnymi numerami. Spoglądając na mapy widać określony schemat, w jakiej kolejności są przypisywane numery, ale w praktyce ciężko jest znaleźć odpowiedni pokój. Jak na razie wasze pokoje mają jakieś umeblowanie i osprzęt, ot najpotrzebniejsze rzeczy. Z czasem je umeblujecie jak będziecie chcieli. Drzwi nieoznaczone numerami mają obok plakietki z opisem, co to za pomieszczenie. Są to z reguły pomieszczenia personelu, jednak zdarzają się zwykłe schowki na sprzęt. Nie mam pojęcia ile jest pokoi mieszkalnych na poszczególnych piętrach. Większość to kawalerki, chociaż są też takie dla paru osób. Jednak na każdym piętrze jest wiele więcej pomieszczeń niż tylko mieszkania. Poza tym, sami zobaczycie, że mieszkań jest więcej niż potrzeba. Pięter mieszkalnych jest siedemnaście. Cała reszta to piętra ze sklepami, restauracjami, mamy tu wszystko tak jak w każdym mieście. Tylko że Kareta to małe miasteczko, a wybudowano ją w centrum miasta. No cóż. Mamy też całe jedno piętro dla samego zarządu. Mamy wielką halę treningową, ale on znajduje się w piwnicy. Ale nie jesteśmy sami. Nawet w tym mieście, znajdują się jeszcze kolejne, podobne budynki.
     Dotarli do prostokątnego pomieszczenia z trzema parami drzwi.
     - Kyle i Anna. Jakie mieliście numery pokoi? - spytał Tos
     - Pięćdziesiąt dziewięć - powiedziała Anna.
     - Sześćdziesiąt jeden - odrzekł Kyle.
     - No dobra, to wy wiecie gdzie mieszkacie. Minie dobry miesiąc zanim nauczycie się tutaj poruszać. Jutro, jak wstaniecie, będzie pierwszy test. Jest godzina... kurde. Wpół do drugiej. No dobra, dziś, jak wstaniecie to się ogarnijcie, rozgośćcie się, rozpakujcie.zapoznajcie z pokojem. Macie o piętnastej... hmmm, nie. O szesnastej siedzieć we trójkę przy barze, najlepiej pytajcie o barmana Doriana. Usiądźcie gdzieś blisko miejsca gdzie on obsługuje. Na ten moment dobranoc, odprowadzę jeszcze Johana i sam idę spać.
     Podał rękę Annie i Kyle'owi i wyszedł kawałek dalej od ich pokoi, spojrzał na kartę Johana i zaczął znowu skręcać i przechodzić przez kolejne korytarze. Po chwili już byli na miejscu.
     - Pięćdziesiąt  dwa? - spytał Tos.
     - Taaa...
     - No, to już wiesz co jutro robimy i w ogóle. To do j...
     - Czekaj chwile, jak mam zejść na dół?
     - Dobrze że pytasz, najwyżej tamci będą pytać o drogę. Kareta jest zbudowana na planie kwadratu. Na każdej z czterech ścian znajdują się trzy windy, ale obok nich są jeszcze postawione schody. Polecam je, jeśli potrzebujesz gdzieś zejść i zapamiętać drogę. Ale windą się dostaniesz dalej i szybciej, mimo to ich nie polecam, czasem są zajęte. Dojedziesz na zaplecze imprezowni to w sumie będziesz na miejscu, musisz tylko trafić w dobre miejsce, bo tylko windami od wschodniej strony dojedziesz na zaplecze.
     - Dobra, dzięki za fatygę. I tak się w tym pogubiłem - zakończył rozmowę Johan, uśmiechając się niezręcznie.
     - Nie no, spoko. I tak się wykazałeś. Oni nawet nie spytali jak zejść, nie? - zaśmiali się razem z myśli, ile czasu zajmie Kyle'owi i Annie zejście do baru.
     Podali sobie ręce i Tos poszedł w stronę schodów zejść na swoje piętro, do swojego pokoju. Mieszkał w bardzo przestronnym jednoosobowym mieszkaniu, pod numerem trzydzieści dziewięć. Wchodząc powiesił kurtkę na wieszaku, zdjął buty, po czym wręcz rzucił się na lodówkę! Zjadł porządną kolację z tostów z masłem, smażonej szynki, jajecznicy, herbaty i miski suszonych kawałków jabłka. Po kolacji przyszła chwila na telewizję i przegląd maila. Wziął szybki prysznic i legł na łóżko bez sił. Ale znowu nie mógł zasnąć. Długo myślał o Zelii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz